
Folwark VIP-ów
Patrycja Konkowska | Felieton
Polska ochrona zdrowia jest jak słynny folwark z Orwella. Wszyscy są równi, ale niektórzy równiejsi.
To zdanie od lat powraca przy okazji różnych afer, ale mam wrażenie, że dawno nie pasowało do rzeczywistości tak bardzo jak dziś.
Bo oto w ciągu kilku ostatnich tygodni Polacy mogli zajrzeć za kulisy systemu, który oficjalnie opowiada o równości, dostępności i trosce o pacjenta, a nieoficjalnie coraz częściej wygląda jak świat podzielony na kasty.
Sprawa Dawida Kacprzyka od razu pokazała kilka problemów naraz. Lekarz powiązany z Koalicją Obywatelską pełnił funkcję koordynatora SOR w warszawskim Szpitalu Południowym, mimo że nie miał kwalifikacji wymaganych do zajmowania tego stanowiska, a jednocześnie zarobił około 1,6 mln zł rocznie. Później doszła informacja o korekcie 33 faktur i zwrocie około pół miliona złotych do szpitala. Na końcu — rezygnacja z mandatu radnego.
Dla przeciętnego Polaka brzmi to jak historia z innego świata. Bo przeciętny Polak słyszy nieustannie, że w ochronie zdrowia brakuje pieniędzy. Brakuje pieniędzy na lekarzy, pielęgniarki, ratowników, diagnostykę, leczenie i właściwie wszystko, co akurat trzeba komuś odmówić.
A potem nagle okazuje się, że gdzieś jednak te pieniądze są. I to całkiem spore.
Bo Kacprzyk nie jest jedynym przykładem ogromnych pieniędzy krążących w publicznej ochronie zdrowia. Do tego dochodzą dane ze szpitali wojewódzkich. Na Mazowszu rekordzista na kontrakcie zarabiał ponad 316 tys. zł miesięcznie. To prawie 3,8 mln zł rocznie. Drugi medyk — ponad 258 tys. zł miesięcznie. Trzeci — prawie 232 tys. zł miesięcznie.
A to nie tylko Mazowsze. W Wojewódzkim Szpitalu Zespolonym w Kaliszu czterech lekarzy osiągało miesięczne wynagrodzenia brutto przekraczające 250 tys. zł. I człowiek znowu słyszy, że system jest biedny.
I nie ma nic złego w tym, że wybitny specjalista dobrze zarabia. Problem zaczyna się wtedy, gdy ten sam system tłumaczy pacjentom, że brakuje pieniędzy na podstawowe świadczenia, transport medyczny czy skracanie kolejek. Bo trudno uwierzyć, że państwa nie stać na przewóz ciężko chorego dziecka do szpitala, skoro stać je na kontrakty liczone w milionach złotych rocznie.
Oczywiście nie chodzi o to, by atakować wszystkich lekarzy. Wręcz przeciwnie. Większość z nich pracuje ciężko, bierze dodatkowe dyżury, często funkcjonuje na granicy przemęczenia i odpowiada za ludzkie życie. Problem nie polega na tym, że lekarz dobrze zarabia.
Problem pojawia się wtedy, gdy system dla jednych staje się niezwykle hojny, a dla innych nie ma nawet podstawowej pomocy.
I właśnie dlatego sprawa Szpitala Południowego nie skończyła się na kwestii pieniędzy. Bo chwilę później okazało się, że w tej samej placówce funkcjonował specjalny system obsługi polityków KO i ich rodzin: osobne pomieszczenia, szybsza diagnostyka, specjalna ścieżka, lepsze warunki.
Oczywiście można się oburzać, że to skandal. Można też udawać zaskoczenie. Ja jednak bardziej zdziwiłbym się, gdyby okazało się, że był to jedyny taki przypadek w Polsce.
Naprawdę ktoś wierzy, że tylko jeden szpital wpadł na pomysł, by ważnych ludzi obsługiwać szybciej niż zwykłych obywateli? Naprawdę ktoś wierzy, że politycy wszystkich partii zawsze siedzą grzecznie w tych samych kolejkach, czekają tyle samo godzin i przechodzą identyczną procedurę jak przeciętny pacjent?
Przecież każdy, kto choć trochę zna realia życia publicznego, wie, że istnieją oficjalne procedury i istnieje rzeczywistość. Oficjalnie wszyscy są równi. W praktyce niektórzy są równiejsi. Jedni mają numerki, inni mają numery telefonów. Jedni czekają, inni dzwonią. Jedni słyszą „proszę zgłosić się za trzy miesiące”, inni słyszą „zaraz coś załatwimy”.
I właśnie wtedy, kiedy człowiek zaczyna się zastanawiać, czy można jeszcze bardziej skompromitować ideę równego dostępu do ochrony zdrowia, pojawia się historia tej dziewczynki.
Niespełna dwuletnie dziecko. Liczne wady serca, płuc i ośrodkowego układu nerwowego. Respirator. Tracheostomia. Codzienna walka o oddech.
Dla większości ludzi taka historia byłaby oczywistym argumentem za tym, że państwo powinno zrobić wszystko, aby pomóc. Dosłownie wszystko. Bo jeśli istnieje jakakolwiek grupa pacjentów, której nie wolno zostawić samej, to właśnie takie dzieci.
Tymczasem jedyną szansą na ratunek okazała się operacja kardiochirurgiczna w Poznaniu. Specjaliści byli gotowi podjąć leczenie. Termin został wyznaczony. Pozostawał tylko transport.
I wtedy do gry wkroczył polski system.
Lekarz wystąpił o transport daleki. NFZ odmówił. Powód? Warszawa jest bliżej.
Przyznam szczerze, że kiedy pierwszy raz przeczytałem to uzasadnienie, musiałem sprawdzić, czy nie jest to satyra. Bo warszawski ośrodek nie podjął się operacji. Nie chciał albo nie mógł jej wykonać. Nie dawał dziecku szansy na leczenie. A mimo to dla urzędników pozostawał argumentem przeciwko sfinansowaniu transportu do miejsca, które taką szansę dawało.
To jest właśnie moment, w którym zdrowy rozsądek przegrywa z tabelką. Człowiek przegrywa z procedurą. Pacjent przegrywa z urzędnikiem.
Rodzice zostali postawieni pod ścianą. Zaczęli rozważać przewiezienie córki zwykłym samochodem osobowym. Prawie pięć godzin drogi. Respirator z baterią działającą około pięciu i pół godziny. Trzydzieści minut zapasu. Trzydzieści minut między bezpieczeństwem a tragedią. Bez odpowiedniego zabezpieczenia medycznego. Bez odpowiednich warunków. Bez pewności, że wszystko skończy się dobrze.
Na szczęście rodzinie pomogła Fundacja Wsparcia Ratownictwa RK.
22 czerwca 2026 roku zorganizowała specjalistyczny transport medyczny. Lekarz i ratownik medyczny pojechali jako wolontariusze. Fundacja pokryła koszty całej operacji logistycznej. Dziewczynka bezpiecznie dotarła do Szpitala Klinicznego im. Karola Jonschera Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu.
I właśnie ten kontrast jest najbardziej porażający. Dla polityków znajdują się specjalne ścieżki. Dla ludzi z odpowiednimi kontaktami znajdują się wyjątki. Dla wybranych znajdują się pieniądze. Dla wpływowych znajdują się rozwiązania.
Ale kiedy ciężko chore dziecko potrzebuje bezpiecznego transportu do szpitala, nagle słyszymy o procedurach, kilometrach i ograniczeniach. Nagle okazuje się, że system nie może. Nie przewiduje. Nie finansuje. Nie widzi podstaw.
To nie jest historia o jednym urzędniku. To nie jest historia o jednym szpitalu. To nawet nie jest historia o jednym transporcie.
To jest historia o państwie, które coraz częściej działa według zasady znanej z Orwella.
Wszyscy są równi.
Ale niektórzy równiejsi.
Fundacje charytatywne pomagają. Chwała im za to.
Chwała też dobrym ludziom, którzy poświęcają swój czas jako wolontariusze.
Ale do jasnej anielki — to jest po prostu skandal!