
Nawrocki odebrał Zełenskiemu Order Orła Białego. Tylko czy pomyłką nie było już samo jego przyznanie?
Patrycja Konkowska | Felieton
Pamięć lubi płatać figle. Zapominamy, po co weszliśmy do kuchni. Nie pamiętamy, co jedliśmy dwa dni temu na obiad. Ciągle szukamy tych cholernych kluczy. Ale za to potrafimy bezbłędnie przywołać to jedno zdanie usłyszane pięć lat temu.
Są też rzeczy, o których nie wolno zapominać.
Nie dlatego, że każą nam podręczniki, ale dlatego, że pamięć buduje tożsamość. Naród, który zapomina o własnej historii, prędzej czy później zaczyna gubić samego siebie.
Dlatego dyskusja o odebraniu Wołodymyrowi Zełenskiemu Orderu Orła Białego nie jest dla mnie tylko kolejną polityczną burzą. To pytanie o to, czym dla Polski są jej własne symbole i czy naprawdę traktujemy je poważnie.
Bo zanim zaczniemy zastanawiać się, czy order należało odebrać, warto zadać sobie inne pytanie: czy on w ogóle powinien był zostać przyznany?
Order Orła Białego jest najwyższym odznaczeniem Rzeczypospolitej. Nie jest dyplomatyczną uprzejmością ani pamiątką z oficjalnej wizyty. Powinien być wyrazem najwyższego uznania dla ludzi, którzy rzeczywiście zasłużyli się Polsce.
I właśnie tego od początku nie potrafiłam zrozumieć.
Za co właściwie Wołodymyr Zełenski otrzymał to odznaczenie?
Za budowanie relacji polsko-ukraińskich? Za wspólną walkę o bezpieczeństwo Europy? To pięknie brzmi w oficjalnych komunikatach, ale czy naprawdę były to zasługi wobec Polski, które uzasadniają najwyższe państwowe wyróżnienie?
Polska przez ostatnie lata okazała Ukrainie ogromne wsparcie. Przyjęliśmy miliony uchodźców, przekazywaliśmy pomoc, angażowaliśmy się politycznie i militarnie. Można by napisać o tym całe książki — jak bardzo zaangażowało się państwo i jak wiele zrobili Polacy.
Tym bardziej trudno nie odnieść wrażenia, że szacunek powinien działać w obie strony.
Spory o ukraińskie zboże, niechęć do pełnego rozliczenia zbrodni wołyńskiej czy kolejne gesty związane z UPA sprawiły, że wielu Polaków poczuło rozczarowanie. A rozczarowanie bardzo często przeradza się w niechęć. Trudno się temu dziwić, skoro oczekujemy jedynie elementarnego poszanowania dla naszej historii i naszej wrażliwości.
Wołyń nie jest politycznym sloganem. Nie jest kartą przetargową ani niewygodnym rozdziałem, który można zamknąć do czasu zakończenia wojny. To tragedia dziesiątek tysięcy Polaków. Pamięć o nich nie powinna być uzależniona od bieżącej sytuacji międzynarodowej.
Dlatego rozumiem tych, którzy uważają, że osoba lekceważąca polską pamięć historyczną nie powinna nosić najwyższego polskiego odznaczenia.
Mam jednak inny problem.
Bo odebranie orderu wygląda dziś trochę jak robienie dobrej miny do złej gry.
Historia Orderu Orła Białego pokazuje, że już wcześniej nasze wybory bywały niezbyt trafne. Wśród odznaczonych znaleźli się choćby caryca Katarzyna II, współodpowiedzialna za rozbiory Rzeczypospolitej, czy Benito Mussolini, którego nazwisko dziś jednoznacznie kojarzy się z faszyzmem. Z perspektywy czasu takie decyzje budzą ogromne kontrowersje. Nie twierdzę jednak, że Zełenski powinien zachować order tylko dlatego, że inni go nie stracili. To byłby absurdalny argument.
Pytam raczej, dlaczego państwo polskie tak łatwo przyznaje swoje najwyższe odznaczenie, a dopiero po czasie zastanawia się, czy była to słuszna decyzja.
I właśnie dlatego brakuje mi konsekwencji.
Jeżeli najwyższe polskie odznaczenie naprawdę ma być symbolem wyjątkowych zasług dla Rzeczypospolitej, to nie powinno być przyznawane zbyt łatwo. A jeśli już uznajemy, że ktoś przestał na nie zasługiwać, warto zadać sobie pytanie, dlaczego podobnych refleksji nie mieliśmy wcześniej.
Nie twierdzę, że odebranie Zełenskiemu Orderu Orła Białego jest błędem. Uważam coś dokładnie odwrotnego — najwyższe polskie odznaczenie powinno zobowiązywać i nie powinno trafiać do osób, które nie szanują Polski oraz jej pamięci historycznej.
Ale równie mocno uważam, że państwo powinno kierować się zasadami, a nie emocjami.
Bo szacunek dla Polski nie może być jednostronny. Ale nie może być też wybiórczy. Jeśli Order Orła Białego ma naprawdę coś znaczyć, nie może być ani dyplomatycznym prezentem, ani politycznym plasterkiem na źle podjętą decyzję.